High Rider – pływadełko dla lubiących przygody

High Rider – pływadełko dla lubiących przygody

Nie pamiętam ile miałem lat, ale w starym numerze niemieckiego magazynu Blinker zobaczyłem zdjęcie pływadełka. Chciałem takie mieć. Zabrać gdziekolwiek, wypłynąć na każdy zbiornik, dobić do brzegu w dowolnym miejscu. No i łowić ryby tak blisko ich domów, że bliżej chyba nie można. Wiele lat czekałem na spełnienie tych dziecięcych marzeń. Ale warto było czekać. 🙂

Pierwsze wypłynięcie było ekscytujące. Tym bardziej że nie miałem pojęcia jak będzie. Łowiło się nieźle, pływało też dobrze. Egzemplarz wyposażony w wiosła ułatwiał dotarcie do oddalonych łowisk. Pierwszy problem zaczął się z chwilą zacięcia pierwszego szczupaka. Dużego szczupaka. Ilekroć próbował podebrać rybę ręką, Belly Boat odwracał się w drugą stronę. Chwilę trwało nim zdałem sobie sprawę, że jedyna opcja to doholowanie ryby między nogi. Potem już było łatwo.

Z czasem wyposażyłem swoje pływadło w echosondę Deeper, by móc regularnie łowić także sandacze. Za szczupakami pływałem po szuwarach i niedostępnych z brzegu płyciznach. Sandaczowi trzeba było podać przynętę w punkt. I worek się otworzył. W dalszym ciągu na jednego sandacza przypada kilka szczupaków, ale tak to jest z mętnookimi – biorą kiedy chcą.

Ogromnym minusem łowienia z takiego środka pływającego jest wiatr. Nawet niewielki potrafi przewieźć na drugi koniec jeziora. Opcja kotwicy nie przypadła mi do gustu, więc wiązałem się do trzcin lub odpuszczałem łowienie gdy wiało. Wygodne torby, uchwyty na wędki i podbierak, mini półeczka. Było wygodnie i bezpiecznie. Cztery niezależne komory dają gwarancję bezpieczeństwa. Oczywiście nie obyło się bez testów. Na zaledwie dwóch komorach udało mi się dostać na brzeg nie gubiąc niczego.

Po jakimś czasie zmieniłem model na nieco ulepszony, High Rider V2, także marki Savage Gear. Sztywne pudełka i ochraniacze na płozach to cenne atuty. Nie zawsze można założyć to na plecy. A ciągnąć po ziemi dam radę wszędzie. Mimo iż dokupiłem płetwy, zazwyczaj pływam bez nich. Jakoś mi przeszkadzają. Wiosła wystarczą by dopłynąć tam gdzie chcę, a po którejś tam rybie nauczyłem się holować, jednocześnie balansując ciałem i machając nogami. Latem pływałem w krótkich gatkach i sandałach. Jesienią i zimą konieczne jest założenie neoprenowych spodniobutów. Nawet w nich jest zimno, ale na pół dnia wystarczają. Z czasem opanowałem nawet opcję robienia sobie samodzielnie zdjęć z rybami, bez konieczności spływania do brzegu. Czułem się z każdą wyprawą pewniej swobodniej..

Aż przyszedł moment że i Maćka wciągnęło. Była późna jesień, więc ilości warstw odzieży jakie miał na sobie nie zliczę. Ale pływał dzielnie i nie marudził. I na szczęście po niespełna kwadransie pływania złowił ładnego szczupaka. Wciągnął się na dobre. Tak mu się spodobało, że chyba czas zakupić drugie pływadło, bo nie można zawsze kłócić się o to, kto pływa a kto łowi z wody.

Chciałbym napisać coś o minusach takiej jednostki, ale mnie to pasuje. Pakuję to bez trudu do samochodu, rozkładam w kilka minut i łowię gdzie chcę. A jeśli wieje – pływadło zostaje w domu a ja łowię brodząc. Nauczyło mnie to też ograniczania przynęt które zazwyczaj zabieram nad wodę. Tutaj biorę tylko pewniaki, aparat, jakiś prowiant i inne, wędkarskie duperele i mogę tak pływać cały dzień.

Miałem okazję trzykrotnie brać udział w filmach z udziałem pływadełka. Zarówno starego jak i nowego modelu. Sami zobaczcie jak to się sprawuje na małej i dużej wodzie. Jeśli ktoś lubi przygody i łowiska niedostępne dla innych, to Belly Boat jest dla niego. I uwierzcie mi – hol dużego szczupaka z pływadełka jest niesamowity. Do końca nigdy nie wiem czy to ja holuję rybę, czy to ona ciągnie mnie po jeziorze. Naprawdę niezła frajda i spełnienie marzeń z dzieciństwa..

Warto przeczytać: